czwartek, 4 kwietnia 2013

Odcinek "EAT"


Veni Vidi Vici!,
 Tak w skrócie można podsumować mój pobyt w Rzymie. Skromny ale niezwykle przytulny B&B położony 10 min spacerkiem do Koloseum, za 30 euro który zarezerwowałam przez stronę booking.com.
Z polecenia siostry pierwszego dnia na obiad zjadłam jakże moje ulubione kluchy w sosie Carbonara, a następnego dnia wszamałam sobie pizze w knajpce pod samym koloseum :P


Ten jeden dzień w Rzymie, pomimo że nie pozbawiony przyjemności i rozkoszy dla podniebienia był najdroższym odcinkiem mojej wyprawy i kosztował mnie 60euro ( hotel, transport, żarcie).
Ale jak się okazało była to dużo lepsza opcja od Paryża którą wybrał mój przyjaciel który wydał więcej a i tak nie był zadowolony. A więc polecam wszystkim podróżnikom którzy muszą przejechać przez europejskie miasto...niech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu :)

Tak czy inaczej mój odcinek "Eat" nie skończył się we Włoszech...na szczęście gdyż jedzenie w Indiach było jedną z głównych atrakcji i zaskoczyło mnie na plus. Mój początkowy zamysł aby zostać na 3 tygodnie wegetarianką okazała się słuszny i łatwy do zrealizowania. Po pierwsze większość Tubylców nie je mięsa a jeśli już to głównie drób, a po drugie tutejsze bogactwo tutejszych warzyw, owoców i przypraw daje naprawdę ogromny wybór dla wegetarian... ale szczerze się przyznam że zrobiłam to ze zwykłego braku zaufania do obróbki tamtejszego mięsa oraz ogólnej higieny panującej w Indiach a raczej jej braku :P
Przyprawy na ulicznym targu w Calangute
Pomimo szczepień na wszelakie choroby zostały przecież różnego rodzaju pasożyty i żyjątka o które zapewne dużo łatwiej w mięsie ... sądzę tak na podstawie swojego niepełnego wykształceni zootechnicznego, tym samym dając sobie możliwość błędu :P
Tak czy inaczej 3 tygodnie bez mięsa ... nie licząc paru krewetek z talerza przyjaciela na spróbowanie, ciekawości spróbowania rekina oraz jednej wpadki kiedy z rozpędu zamówiłam kurczaka ... było cudownym zatapianiem się w nowe rejony smakowe których wcześniej nie znałam.
Wspomniana wpadka - czyli Chicken Korma podczas zachodu słońca w Palolem -
pomimo zawartości mięsa był pyszny!

A wracając do higieny ... no cóż...pomimo że miałam problem żeby się przyzwyczaić tudzież zaakceptować tutejsze standardy to najwyraźniej nie jest tak źle skoro w sumie przeżyłam i to bez szwanku na swoim zdrowiu. Hindusi faktycznie jedzą rękami...
...kiedyś poświęciłam część swojego życia na naukę jedzenia ryżu pałeczkami...doszłam do zadowalających efektów, załamałam się więc widząc swoje otoczenie gdy próbowałam skonsumować 100 gram ryżu rękami :D Ale tubylcy sobie lepiej radzą i po zakończonym posiłku który odbył się na tyłam sklepiku Sarity którą poznałam i polubiłam na tyle aby przyjąć zaproszenie na "tradycyjny indyjski" posiłek, na słomianych matach na których siedziałyśmy po turecku, teren wokół Sarity wolny był od jakiegokolwiek ziarenka ryżu, podczas gdy w okół mnie rozrzucone było 2 razy tyle ryżu co było w mojej porcji :P 
Poza tym miałam dylemat czy posilać się miejscach dla turystów czy w obskurnych barach dla miejscowych. Przewodniki oraz blogi turystyczne polecały powyższe na przemian podając przekonywujące argumenty na temat obydwu miejsc spożywania pokarmów. Na szczęście miałam królika doświadczalnego w postaci tymczasowego towarzysza podróży i po dokładnej 24 godzinnej obserwacji jak nie nastąpiły żadne niepokojące objawy po tym jak skonsumował on pewnego rodzaju pokarm u lokalesów stwierdziłam że i ja spróbuje czegoś co twierdził było najlepszym indyjskim żarciem.
Kolacja u Lokalesów

Indyjskie Pakodas, normalnie występują w wersji z serem paneer, tutaj zawartość była inna i zielona...
bałam się spytać co to...było pyszne :P

Z racji temperatur panujących w Indiach apetyt nie przychodził aż do późnych godzin popołudniowych, dlatego też do tego czasu piłam soki...ale to nie były zwykłe soki :) ...soki ze świeżych egzotycznych owoców lub ich mieszanek, czasem z dodatkiem mięty ( która nawet mi nie przeszkadzała pomimo że jej nie lubię).
Moim faworytem był sok z Arbuza, którego piłam 2-3 szklanki dziennie i popijałam go sokiem z Granata, Liczi lub Mango, czasem też prosiłam o zmiksowanie ich razem :) ...A wieczorem na kolacje chlebek Naan z ziołami, czosnkiem i serem lub ryż ( pilau z warzywami, cytrynowy, kokosowy itd) codziennie z innym sosem, i wbrew opiniom wcale nie tak ostrym jak to zwykło się czytać w poradnikach lub słyszeć od ludzi, ani razu nie zamówiłam nic czego nie mogłabym zjeść. 
Moje Ulubione Aloo Gobi z widokiem na morze :)

Aby mój odcinek "Eat" trwał dłużej przywiozłam ze sobą wiele przypraw w tym rzadko u nas spotykane nasionka kardamonu i liście curry oraz Herbatę masala której nie mam odwagi spróbować...ale po powrocie i przyszedł czas na ogórkową, schabowe oraz inne delicje z naszej polskiej kuchni na które się zwykle rzucamy po powrocie z egzotycznego kraju.
Shark Xacuti z ryżem Pilau - nie kiepskie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz