czwartek, 7 marca 2013

Live from Incredible India


Moi Drodzy....
Ze wzgledu na naciski ze strony niektorych oraz oczywista presje...pisze do was ...from incredible India ... :)
... Sami chcieliscie...wiec absolutnie musicie zaakceptowac nie tylko kiepska interpunkcje co brak polskich znaczkow :P

Moj zamysl na pisanie bloga byl inny... Z kazdego miejsca mam jakies przemyslenia, wspomnienia, zdjecia...
lecz nie zawsze byl dostep do netu, a w momencie gdy dotarlam do cywilizowanego miejsca gdzie tabliczka
" Free Wi-Fi" nie jest tylko chwytem zwabiajacym naiwnych klientow, mialam juz nowe przygody i przezycia do opowiedzenia...A nie chce tak chaotycznie przeskakiwac i omijac rozdzialy. Gleboko wierze ze rzeczy i sytuacje ktore tutaj po sobie nastepuja oraz moje "odczuwanie" Indii dziala w systemie przyczynowo - skutkowym i gleboko rozumianej konsekwencji...
Tak wiec, z gory przepraszam, ale jednoczesnie radosnie informuje, ze dostaniecie wszystko z czym chce sie z wami podzielic...wszystko w swoim czasie...
Dla mnie teraz ... jest czas na sniadanie :)
Jest 10 rano ( czyli u was jakas 6) i zapewne nie tylko ja jestem teraz w szoku, ze wstaje o tej porze...i to bez budzika :D

... Siedze/ Leze sobie na plazy...100m przedemna jest morze Arabskie ktorego nieregularne fale przelamuja isniejaca tu cisze...100m za mna jest knajpka pod gleboko brzmiaca nazwa "Spice of Life" , knajpka ta jest zanozona w czelusciach palm ktore ciagna sie bez konca w obydwie strony...
...no wiec siedze/ leze na lezaku, czesciowo pod parasolem, ktorego cien zakrywa moja twarz ( zjarana- jak mozna sie domyslec od szablonu okularow przeciwslonecznych :D ). Obok lezaka stoi bambusowy stolik na ktory Sunny ( moj nowy przyjaciel) przyniosl moje sniadanie. Herbata z cytryna ( bo tesknie) tosty z dzemem ( bo jestem glodna) i sok z Arbuza ( bo uwielbiam). Sok z Arbuza to dla mnie nr. 1 na liscie rzeczy ktore tutaj spozywam, czasem popijam go w dzien sokiem z liczi lub granata a wieczorem pinacolada ;)
... Wracajac do sniadania, kosztowalo mnie 120 rupi ( dla niewtajemniczonych 1 rupi to 6 groszy :) )

Tym niespodziewanym przerywnikiem oznajmniam ze Zyje! i mam sie Swietnie!
Zadnej choroby podroznika ani innych swinstw.
Spokojnie udaje mi sie wytrwac w postanowieniu aby nie jesc miesa, ale biorac pod uwage tutejsza kuchnie , nie rozpatruje tego jako wyzwanie lecz jako wybor. Oprocz tego nadal zostalo mi pol paczki fajek , z dwoch ktore wzielam z polski, tylko zebyscie nie mysleli ze mialam zamysl rzucania palenia czy cos...

Jeszcze nie jestem w stanie sie okreslic czy kocham Indie czy nienawidze... tak samo jak jeszcze za wczesnie aby stweirdzic po co mi byla ta cala wyprawa i co nowego wniesie do mojego zycia...owszem cos tam sie mi juz klaruje...ale przeciez nie moge wam teraz powiedziec...to tak jakbym podala wam teraz zakonczenie ksiazki...Nie zrobie Wam tego ...za to Pozdrawiam was serdecznie i przesylam mnostwo ciepla i pogody ducha :)

2 komentarze:

  1. Pani Kochana, zapisuj myśli w notatniku, a potem przepisuj na blog. To się sprawdza.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i się sprawdza... ale czy to w tym wszystkim jest najważniejsze ?

    OdpowiedzUsuń